Bloog Wirtualna Polska
Są 1 107 294 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Wycieczka do Bułgarii i Rumunii

środa, 12 sierpnia 2009 16:38
Skocz do komentarzy
Wyjazd do Rumunii i Bułgarii, który miał miejsce pomiędzy 18.07.2009, a 02.08.2009.
Wyjechaliśmy rano w sobotę i przekroczyliśmy granicę w Jurgowie o 8.45. Zwiedziliśmy następnie zamek w Spisskim Hradzie-największy średniowieczny zamek Europy Środkowej - polecamy. Rodzinny wstęp 12 euro. Występ szermierzy co godzinę (na wesoło w strojach z epoki). Wyjazd spod zamku 13.45. Granicę słowacko-węgierską przekroczyliśmy za Koszycami (Sena) o 15.15. Kupiliśmy węgierską winietę (nie przyklejalną na szybę) za 7 euro na 4 dni (krócej się nie da). Upał był piekielny, ale na Węgrzech trudno znaleźć zacienione miejsce. Dopiero pod szkołą w m. Szikszo było ciut cienia i w związku z tym przerwa na obiad. Do granicy z Rumunią dojechaliśmy o 20.00. Noc spędziliśmy na prowincjonalnej stacji benzynowej przed rumuńską granicą w m. Artand (czynna tylko do 22.00, ale było spokojnie). Trochę nam się tu spaskudziła pogoda - wiało, lało i prało piorunami, ale dzięki temu zrobiło się chłodniej. Mając 8 km do granicy, wyruszyliśmy o 8.15. Na granicy kontrola paszportów na zasadzie okazania. W budce pomiędzy granicami zakupiliśmy rumuńską winietę za 5 euro (21 RON - czyli lejów-do przyklejenia na szybę) na 7 dni, bo nie da się krócej (do winiet kolejka i szło powoli). Wyjazd z granicy o 9.15. Droga przez Oradea okropna. Płyty betonowe pamiętające czasy sprzed Czauczesku i to grubo. Wydawało nam się, że auto się rozpadnie. Tak ok. 8 km. Potem przez prawie całą Rumunię drogi w lepszej formie niż u nas. Z przerwami na śniadanie, kawę, siusiu i oglądanie pięknych widoków, dojechaliśmy do Sighisoary o 17.45. Jest to miasto wpisane na listę UNESCO. Kemping świetnie zlokalizowany - zaraz przy centrum. Jest basen, czysty prysznic, podłącz elektryki. Nazywa się Aquacamp i kosztuje 2x20 RON za 2 osoby i 2x10 RON za następne 2 osoby (w tym wszystko wliczone). Rano kąpiel w basenie i zwiedzanie starówki na wzgórzu. Wejście do kościoła na wzgórzu 2 RON/os. - no foto. Zwiedzamy również znajdujący się obok kampingu piękny kościół prawosławny (za darmo i foto wolno). Wyjazd z Sighisoary o 13 czasu miejscowego (godzina różnicy). Sighisoara warta zobaczenia, choć trwają inwensywne prace nad tym, żeby była jeszcze bardziej warta zobaczenia.
Na trasie naszą uwagę zwraca znakomite oznaczenie dróg. Wyraźne co 1 km biało-czerwone słupki z nazwą mijanej miejscowości (lub najbliższej - i wtedy odl. w km) oraz nazwa najbliższej dużej miejscowości i odległość do niej. Mijamy malownicze wsie - zupełnie inne niż nasze. Bardzo kolorowe domki - każdy trochę inny - zadbane w miarę miejscowych możliwości. Dużo furmanek.
Przez Brasow dojeżdżamy do Zamku Chłopskiego w m. Rasnov, który zwiedzamy 16.00-17.30. Parking jest bardzo pod górę, ale daliśmy radę na "jedynce". Wstęp 10 RON/dorosły, 5 RON/młodzież. Mnie podobał sie bardzo - taki gród na wzgórzu, no i piękne widoki na Karpaty. Widoczność mieliśmy znakomitą - a tam 360 st. można wszysto zobaczyć.
Przyjezd do Bran o 17.45. Trzeba zobaczyć zamek Drakuli. Rzutem na taśmę wchodzimy o 18.00 (już w zasadzie było za późno, ale prosiliśmy bardzo...). Bilety 12 RON/dorosły, 6 RON/młodzież. Zamek zachwycający w każdym calu choć nieduży. Pod zamkiem można kupić wszelkie "drakulowe" gadżety. Za 2 godz. parkingu zapłaciliśmy 14 RON.
Przy zachodzącym słońcu wyruszamy na piękną drogę w kierunku Pitesti. Nie jest to osławiona trasa Transforgardzka, ale jest zachwycająca. Tu na polu widokowym zrobiliśmy najpiękniejsze zdjęcia Karpat. Cała trasa bardzo górzysta (do 1300 m) i także bardzo kręta, ale uczęszczana. Przed Pitesti ok 20 km trafiamy po raz wtóry na paskudne betonowe płyty i nimi jedziemy aż do miasta gdzie nocujemy od 22.30 na olbrzymim parkingu przez hipermarketem - Galeria EUROMALL. Noc spokojna i cicha. Niestety rano nie da się tam zrobić zakupów, bo nie ma spożywczaka. Ruszamy więc w kierunku Constanty. Jest 10.50. Jedziemy znakomitą autostradą. Równo jak na stole, a i widoki mniej ciekawe - słoneczniki i kukurydza. Zakupy robimy w końcu w hipermarkecie przed Bukaresztem. Ceny w sklepach zupełnie porównywalne do naszych. Miejscowe piwo tańsze. Przejazd przez Bukareszt koszmarny - same korki. Zajmuje nam to ok 2 godziny oglądania samych tylko bloków porównywalnych do naszych z tych czasów tyle, że każde mieszkanie ma klimatyzację. Rumunii są zupełnie innymi kierowcami niż my. Trzeba się przyzwyczaić do ich stylu jazdy - bardzo zdecydowanego. Tam nie ma chwili na zastanowienie - po prostu się jedzie i już. Policję spotkaliśmy raz jak nas wyprzedzała "na trzeciego". Wówczas to pozbyliśmy się wszystkich strachów i uprzedzeń. Za Bukaresztem na autostradzie informacja, że na odcinku 135 km nie ma stacji benzynowej. Jednak widzieliśmy co najmniej dwie, a resztę w budowie. Jest za to dużo porządnych miejsc postojowych tylko bez cienia. Autostrada przeprowadza nas przez Dunaj (przed mostem przygotowane już bramki - będzie opłata za przejazd). Przez Constantę dojeżdżamy radośnie nad Morzez Czarne. Długo szukamy kempingu na wybrzeżu. W końcu jest w m. Jupiter o nazwie Zodiak Vest. Dokujemy o 20.00. Z kempingu 200-300 m do morza przez miasteczko. Zodiak zawalony ludźmi. W 98 % Rumunii, ale spokojnie i bez żadnych ekscesów, a nocą głośni tylko Polacy pod namiotami. Cena nie mała - 76 RON za 3 os. dorosłe (syn starszy ma 16 lat) + 1 dziecko + auto (reszta w cenie). Na kempingu są drzewa, więc z cieniem nie ma większego problemu jeśli jest tylko miejsce. Sanitariaty ok., podłącz oczywiście jest, możliwość uzupełnienia wody i opróżnienia zanieczyszczeń też. Nad morzem plaża z parasolami nie płatna, ale zawalona ludźmi - takiego tłumu nigdzie nie widziałam - jak na basenie publicznym w letnie popołudnie - dramat - nie polecam. Nie było gdzie ręcznika rozłożyć. W wodzie miejsce tylko na stojąco. Niektóre panie opalają się topless. Jednak woda ciepła, a plaża piaszczysta. W wodzie pływają robaczki jak nasze skorki i gryzą jak komary. Może trzeba to poprostu pokochać. Ale, jak bardzo podobała mi się Rumunia w części karpackiej (jestem zachwycona), tak od rumuńskiego wybrzeża będę trzymać się z daleka.
Doba hotelowa kończy się o 12.00, więc szybka kąpiel w morzu, dolewamy wody do autka i wyruszamy dalej. Przejście graniczne w zasadzie tuż obok (8 km) w Vama Vache (oczywiście darmowe). Bez problemu - tylko okazanie paszportów. Kupujemy winietę bułgarską w budce blaszanej na przejściu 7 dni - 5 lewa (kupujemu dwie z góry - tak się bardziej opłaca) i przekraczamy granicę wspominając Rumunię jako kraj ludzi życzliwych i uśmiechniętych. Nie mając im nic do zarzucenia... Niech się wstydzą Ci co piszą inaczej...
Teraz czas na Bułgarię.
Tak więc przekroczyliśmy granicę i ok. 5 km za przejściem tablica przy drodze (dwualfabetowa jak wszystkie), że z lewej strony jest kemping za 4 km. Skręcamy, bo już w kraju miałam ochotę na to miejsce. Kemping na końcu drogi nazywa się Kosmos i pamięta czasy Wielkiego Teodora. Okazuje się cudownym miejsce pełnym spokoju, dającym cień i wytchnienie. Zostajemy tu do poniedziałku 27.07. Opłata 20 lewa za wszystko za dobę (czyli płacimy 100 lewa od środy do poniedziału). Na miejscu bardzo przyjemna restauracja nad morzem. Na plaży bar z lodami, zapiekankami i piwem. Każde miejsce ma kempingu oddzielone ponadmetrowym żywopłotem. W podłożu trochę przyschnięta trawa (każdy ma swoją parcelkę). Z kempingu na plażę ok. 50 m. Sam kemping też nad morzem tyle, że na skarpie. Jedyna wada - jakość sanitariatów (w remoncie), ale spokój wynagradza nam wszystko. Miejsce jak w raju. Na plaży (piaszczystej) w szczycie 20 osób. Plaża ma 4 km długości. Na plaży też boisko do siatkówki z siatką. Cały czas przyjemna bryza od morza, więc nie ma przykrego upału. W wodzie nie ma ani rumuńskich robaków (a to przecież raptem 12 km wzdłuż wybrzeża), ani meduz. Zejście łagodne - muszli na plaży do wyboru do koloru. Jedyną niedogodnością były duże ilości much (nie komarów).
Po półtoradniowym odpoczynku czas na jakiś czyn- jedziemy rowerami do sklepu - to jest ok. 5 km. do pierwszej miejscowości za granicą - Durankulak. Sklep dobrze zaopatrzony - taki wiejski ze wszystkim. Jest też restauracjo-bar. Sklep czynny 6.30-22.00 - ceny krajowe - piwo tanie i słabe w 2 l. butelkach. Przez kempingiem jest park lub też rezerwat przyrody i dlatego na drodze spotykamy rozjechanego węża. Sprawdziłam w atlasie przyrodniczym - chyba nie szkodliwy - widzieliśmy takie później w ZOO w Belgradzie. W niedzielę zrobiliśmy sobie solidną eskapadę po nadmorskim parko-rezerwacie w sumie ok. 30 km. Po drodze jest ładne, w trawach położone, jezioro przy samym morzu, ale ze słodką wodą. Super kąpiel, bo ciepła i daleko płytka woda. Wokół żywego ducha - czasem wędkarz. Około 5 km wybrzeżem i kończy się plaża, a zaczyna coś w rodzaju klifu z wieżą widokową (trzeba uważać, bo w bardzo kiepskim stanie). Tam też napotykamy na ruiny kolejnego kempingu w Krapetz. Ruiny - ale jak najbardziej użykowane. Bardzo dużo aut na dziko (namioty, przyczepy), choć wjazd jest ciężki i tylko dla wtajemniczonych. Prądu chyba nie ma, ale jest bar nad samą skarpą. Podziwiamy widoki i wracamy włócząc się po okolicznych wioskach o zabudowie przypominającej śródziemnomorską.
W poniedziałek o 11.15 wyruszamy z żalem w sercu na południe. Ten dzień przeznaczamy na zwiedzanie wybrzeża. Do Varny ok. 100 km. Zawijamy po drodze na przylądek Kaliakria gdzie znajdują się ruiny budowli rzymskich. To najpiękniejsze miesjce z całej naszej wyprawy. Widoki z klifi na przylądku zapierają dech w piersiach, a napotkany grajek słysząc polską mowę gra na harmonii naszą muzykę biesiadną. Miejsce to nie jest specjalnie rozreklamowane, dlatego też nie ma tam komercji i tłumów. Wstęp na przylądek 3 lewa/os, 1,5 lewa/dziecko. Tam też restauracja i jakieś pamiątki. Pięknie przez duże P.
Wyruszamy dalej o 14.00. Przed Varną zwiedzamy Monastyr ALADZHA (chyba też na liście UNESCO). Opłata 7 lewa/os., 3,5 lewa za młodzież. Warto, bo to coś zupełnie innego niż u nas - nawiększy monastyr skalny w Bułgarii. Jedziemy dalej do celu podróży wszystkich turystów - czyli do Nesebaru. Dojeżdzamy o zachodzie słońca i dlatego też bez problemu parkujemy przez samym półwyspem. Opłata za parkowanie - 3 lewa/godz. Zwiedzamy 2 godziny. Byłoby tu cudownie, ale komercja przerosła to miejsce. Zza chińskich pamiątek i miejscowych haftów nic nie widać. Zwiedzamy jednak uparcie wypatrując tego co naprawdę warto zobaczyć. Kilka monastyrów - częściowo ruin - wartych zobaczenia - naprawdę. Architektura całości zabudowy półwyspu (gdy się ją dojży spod reklam i światełek) wspaniała. Wokół widok na kurorty z drugiej strony zatoki - zwłaszcza wieczorem - ładnie. Szkoda jedynie, że wartości kulturalne przesłonięte zostały przez jedzące tłumy i plastik na straganach.
Już po ciemku jedziemy w kierunku Pomorca szukać miejsca na kempingu. Tam nie możemy po ciemku nic znaleźć (choć potem okazało się, ze był kemping w Pomorcu) i wracamy do miniętego 5 km wcześniej kempingu w Aheloj. Jest 22.00. Możnaby przespać na parkingu przez kepmingiem za darmo, ale pomyśleliśmy, że może tu na jakiś czas zostaniemy, wiec wjechaliśmy do środka. Sprawdzamy sanitariaty - ok. choć ponoć ciepła woda tylko rano. Jest to dość duży kemping z domkami w kosmicznym kształcie, ale też trawką i około 100 m na plażę, ale przez kemping więc ok. Na miejscu sklepik i ze 2-3 restauracyjki. Rano idziemy oglądać plażę. Jej stan nie budzi entuzjazmu. Brudna i szara. Zapuszczona, choć trochę ludzi (chyba tylko z kempingu) smaży się. Cena nie mała za kemping - 7.5 lewa za auto, 7,5 za dorosłego, 4 za dziecko (nie ma definicji dziecka). Zniesmaczeni wkładamy nasze wyrośnięte pociechy do auta i płacimy 30,5 lewa za 10 godzin pobytu ( a można było za darmo na parkingu...). Generalnie tego kempingu nie polecamy, choć spotkaliśmy tam Polaków kamperem, którzy stali w tym miejscu już miesiąc. Co kto lubi... Ci Polacy powiedzieli nam też, że nie ma tu miejsca do spacerów, ani jazdy rowerem...
Jedziemy więc do Czarnomorca za Burgas. Szukanie kempingu zajmuje trochę czasu. Ponoć są tu dwa. Po jakimś czasie dojeżdżamy czasami kiepską drogą (ok 2 km za Czarnomorcem) do kempingu Gradina. Opłata 24 lewa za nasz "komplet" (4 osoby + auto). Kemping olbrzymi nad samą plażą. Mają nawet ciągnik, który wciąga przyczepy na plażę w odl. 15 m od morza. Na miejscu dla kamperów kilka dużych drzew. Znajdujemy idealne miejsce obok rumuńskiej rodziny. Na kempingu ludzi dużo, ale w nocy cisza. Tam wszyscy idąc na plażę zostawiają pootwierane przyczepy - sprzęt na wierzchu - musi nie być kradzieży. Do wody mamy 30 metrów. Sanitariaty tureckie, ale w miarę czyste, prysznice ok., cały czas ciepła woda, bo panele grzewcze na dachu. Plaża czysta, piaszczysta, przyjemny wiaterek cały czas. Bardzo ładny widok na zatokę, nad którą jest plaża. Na plaży nie ma tłumów. Sprzedawcy chodzą z gotowaną kukurydzą po 2 lewa. Jedyny mankament jaki można wskazać - to dla ludzi z dziećmi - jest zaraz w pasie 2 metrów wody rów głęboki tak, że kryje, a potem spowrotem ok. 1 m gł. No i są niebieskie meduzy, które trochę podszczypują, ale bez pozostawiania śladów.
Jedziemy rowerami do miasteczka - ok 2,5 km do sklepu i pozwiedzać. Spokojne miasteczko - trochę turystów, plaża, przystań dla łódek, ładna zatoka i cerkiew. Przez środek deptak jak Krupówki w Zakopanem, tylko znacznie mniej ludzi. W sklepie sieci ARO robimy zakupy, bo można płacić kartą. Ceny zbliżone do naszych. Tańsza wędlina (niezbyt dobra), biały ser (tylko słony - dobry), wódka i miejscowe piwo w 2l butelkach, bochenek krojonego chleba pszennego 1 lewa, piwo 2 l 2,98 lewa. Sklep przy kempingu nieco droższy. Na kempingu kilka barów, sklepy i poczta. Spotykamy Polaków, którzy tu chwilę byli i jadą do Turcji. Potem nam napisali, że w Bułgarii było lepiej :) . W czwartek na wycieczce znajdujemy drugi kemping. Znajduje się on na samym końcu ulicy Bratysława nad samym morzem. Jest mały i wśród drzew, ale nie wiem czy jeszcze w pełni funkcjonuje, bo było mało ludzi. Wyglądał bardzo przyjemnie. Robimy zakupy na powrót do kraju. Wyjeżdżamy z kempingu o 7.30. Mamy kłopot z płaceniem - po raz pierwszy ktoś nie chce euro. Nie mamy już wystarczająco lewa, a nie mają czytnika kart. Robi się kłopotliwie... W końcu z wielką łaską i małą stratą finansową dla nas płacimy w euro. Kosztowało nas to stratę 3 euro, bo nie wydali - policzyli nas 72 lewa czyli 37 euro, a my mieliśmy 40 euro...
Jedziemy do Sofii. Częściowo jest autostrada, częściowo zwykła droga, a na niej zwykła drogówka - trzeba uważać na policję. Na szczęście Bułgarzy ostrzegają światłami, więc nic nas podróż nie kosztowała dodatkowo. Przy drodze handel owocami 1 lewa 1 kg brzoskwiń - wyśmienite.
O godz. 16.00 dojechaliśmy do obwodnicy Sofii. Staciliśmy ok. 1,5 h, bo część drogii do stolicy była mocno remontowana. O 16.30 dojechaliśmy do Cerkwii Bojańskiej wpisanej na listę UNESCO. Obiekt z malowidłami z XI-XIII w. W środku zwiedza się 10 min. ze stoperem w ręku. Bilet 10 lewa dorosły, 2 lewa młodzież. Koło 18 ruszamy w korkach do granicy z Serbią w m. Kalofine. Przekraczamy granicę po 2 godzinach stania w kolejce wraz z olbrzymią ilością niemieckich Turków.
Żegnamy kraj spokojny, z przyjaznymi plażami i sympatycznymi ludźmi...I znów wszystkie opowieści z zielonego lasu nt. bułgarskich okropności są w 100 % przesadzone...
Czas na powrót i Serbię.
Jest 20.00 znów naszego czasu. Podążamy jeszcze trochę w stronę Belgradu. Szkoda, że zrobiło się ciemno, bo jedziemy tunelami wśród skał - musiały być piękne widoki. Droga kręta, ale dobra. Śpimy na jednej ze stacji benzynowych przy autostradzie. Z nami pokotem na wyschniętej trawie śpi ze 100 Turków (Niemców, Auriaków).
Do Belgradu dojeżdżamy następnego dnia o 11.00. Za odcinek autostrady Niś - Belgrad płacimy 24 euro (drogo jak czort). Zwiedzamy miasto, a głównie wzgórze zamkowe. Samochód zostawiamy na parkingu tuż za Sawą przy biurowcach. Wzgórze zamkowe zajmuje dużą powierzchnię i jest dobrze utrzymane. Nie ma tłumów zwiedzających. Nie płaci się za wstęp. Na dziedzińcu m.in. wystawa czołgów i broni pancernej - dla chłopców extra. Podziwiamy z murów widoki na miasto, na ujście Sawy i na Dunaj. No i idziemy do ZOO. Bardzo ładne, zadbane choś nie za duże. Częściowo mieści się w obrębie murów wzgórza zamkowego. Wstęp 300 dinarów/ dorosły, 200 dinarów/ dziecko. Dinary wymieniliśmy na granicy z Bułgarią pozbywając się m.in. reszek bułgarskiej waluty. W ZOO co chwila fontanny z pitną wodą, bo upał. Do cerkwii w mieście trzeba mieć długie spodnie i odpowiednią "górę". Chłopcy nie weszli, a szkoda bo ładnie...
Wyruszamy do granicy z Węgrami o 18.30. Płacimy jeszcze 2 x na bramkach autostradowych. W sumie 19 euro, czyli razem za autostradę w Serbii 43 euro. Drogo (bardzo), ale i szybko...i cóż z tego...do granicy dojeżdzamy o 21.45, a przekraczamy ją o...5.15. Znów przez Turków. Węgrzy kontolują ich na dziesiątą stronę, a w 90 % to Turcy przekraczali tę granicę. W podobnym czasie znajomi wracali i stali tam 7,5 godz. Dobrze, że spotkało nas to nocą, bo w upale 8 godzin w smrodzie....no nie wiem.
Za granicą znów kupujemy węgierska winietę za 8,5 euro, jedziemy jeszcze 100 km w kierunku Budapesztu, po czym śpimy na spokojnym już parkingu przy autostradzie. Około 10.00 wyruszamy do kraju. Granicę węgiersko-słowacką przekraczamy w Sahy o 14.00. Kupujemy kolejną winietę za 4,90 euro i jedziemy do domu...
W kraju przed wyjazdem za 1 lej w kantorze płaciłam 1,25 zł, a za 1 lewa - 2,45 zł. Po powrocie okazało się, że płacenie kartą (ja mam VISA) opłacało się - wyszło mi 2,18 zł za 1 lewa.
Galeria z Wycieczki
Podziel się
oceń
0
0


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy
  • dodano: 18 marca 2014 12:47

    Świetny artykuł:) szkoda, że nie ma żadnych zdjęć.Pozdrawam

    autor Karol

    blog: http://terra-nova24.pl/

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Licznik odwiedzin:  18 712  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Nasze podróże kamperem po Polsce i Europie, Agata i Wiesiek, AW Team.

Statystyki

Odwiedziny: 18712

Lubię to